Gabriela Majcher

Kolejne japońskie miasto, które miałam okazję zwiedzić to Takayama, które słynie z doskonale zachowanej drewnianej zabudowy z czasów ery Edo, produkcji sake, laleczki Sarubobo oraz malowniczej trasy spacerowej wzdłuż  shintoistycznych świątyń. Tradycyjne sklepiki, urocze restauracje serwujące tradycyjną kuchnię, warzelnie, w których nie tylko można zobaczyć potężne zbiorniki z sake, ale także spróbować słynnego japońskiego trunku czy kupić lody z dodatkiem ryżowego alkoholu.

Wszystko to znajduje się na historycznej (pamiętającej czasy siogunatu) uliczce Sannomachi! To miejsce jest najbardziej oblegane przez turystów, ale nawet wtedy, gdy wypełnia je tłum gajinów (gajin – to po japońsku cudzoziemiec) nie traci na uroku i autentyczności. Spacerując po mieście co krok można natknąć się na większe lub mniejsze figury Tanuki oraz czerwone tradycyjne laleczki Sarubobo. Tanuki to pochodzący z japońskiego folkloru jenot, który w postaci maskotki, totemu ustawionego przed sklepem, restauracją czy innym nastawionym na zysk miejscu ma przynosić szczęście i zyski. Tanuki mają charakterystyczne atrybuty, które zapewniają pomyślność, sprzyjają fortunie i pomagają osiągnąć sukces. Należą do nich: bambusowy kapelusz; wielkie oczy, dzięki którym można bacznie obserwować otoczenie; butelka sake; duży ogon, który pozwala utrzymać równowagę, spokój i siłę, aż do osiągnięcia sukcesu i … ponadwymiarowe jądra symbolizujące szczęście w finansach. Figurki charakterystycznego jenota są wszechobecne nie tylko w tej części Japonii! Widywałam je często podczas całej podróży. Kolejny wspomniany przeze mnie symbol miasta to przypominająca owinięte w pieluszki niemowlę – lalka Sarubobo. Ten talizman to swoisty dla Takayamy i prefektury Gifu symbol, którego w innych częściach kraju nie znajdziemy. Sarubobo oznacza “małpie dziecko” i jest laleczką-amuletem, który ma pomóc w szczęściu rodzinnym, małżeńskim i przy porodzie. Najpowszechniejsze są w kolorze czerwonym, ale można też spotkać różowe, żółte, niebieskie czy pomarańczowe Sarubobo. Każdy kolor ma inną symbolikę i pomaga w innych przypisanych mu obszarach.

W Takayamie po raz pierwszy miałam okazję bliżej przyjrzeć się świątyniom buddyjskim z charakterystycznymi pagodami i odmiennymi od nich chramami shintoistycznymi z tradycyjnymi bramami tori. Trasa spacerowa wiodąca pomiędzy drewnianą sakralną zabudową, otoczoną wypielęgnowanymi ogrodami, wygiętymi sosnami, kamiennymi latarniami, omszałymi posągami i nagrobkami nie tylko dała wytchnienie od upału, ale pozwoliła się wyciszyć, poczuć harmonię z naturą i odpocząć od zgiełku miasta.

Jednak nie samą strawą duchową człowiek żyje! By nabrać sił do kolejnych atrakcji, w które ta podróż obfitowała, z przyjemnością kosztowałam ramenu, miso, pierożków gyoza czy sashimi. Bardzo pobudzającą zmysły była wizyta na porannym targu usytuowanym wzdłuż rzeki Miyagawa. Dziesiątki cieszących oko straganów z lokalnymi produktami, wyrobami rzemieślniczymi, przekąskami przygotowanymi na bieżąco o nowych dla mnie smakach i zapachach. Wprawdzie nie nowy dla mnie, ale niesamowicie intensywny był smak świeżego chrzanu wasabi, którego próbowałam w dość nietypowej formie. Zanim jednak spróbowałam deseru z dodatkiem piekielnie ostrego wasabi z zainteresowaniem obejrzałam pola, a właściwie to kanały uprawne, przez które przepływa woda z gór, zapoznałam ze specyficznymi warunkami uprawy i dowiedziałam się, że chrzan wasabi serwowany w Polsce to najprawdopodobniej zafarbowany na zielono zwykły chrzan! Oryginalne wasabi nie dość, że drogie to jeszcze wymaga określonych warunków transportu! Po tej dawce wiedzy udałam się do firmowego sklepiku, w którym wszystko miało dodatek chrzanu! Można było kupić ciastka, chipsy, wafelki, cukierki, a także … lody. Mój wybór padł na lody – mocne i niezapomniane wrażenia smakowe!

Dużo łagodniejszy w smaku był ciepły karmelizowany ryż, podany w formie lodów na patyku. Zapach tego, robionego na bieżąco, smakołyku skusił mnie podczas zwiedzania uroczej wioski Shirakawa-go, która słynie z tradycyjnych krytych grubą strzechą domostw gassho – zukuri. Wioska jest pod patronatem UNESCO i choć wygląda jak skansen, jest wciąż zamieszkana. Wspomniane strome dachy przypominają ręce złożone do modlitwy i to właśnie znaczy nazwa gassho-zukuri czyli – skonstruowane jak ręce w modlitwie. Dachy imponują nie tylko kształtem i rozmiarem – niektóre sięgają do samej ziemi, ale i funkcjonalnością. Ich budowa została starannie przemyślana, by wytrzymać duże ilości ciężkiego śniegu, którego zimą w Alpach Japońskich nie brakuje! Domki budowane były bez użycia gwoździ i po dziś dzień zachwycają precyzją wykonania, a przecież niektóre z nich mają 250 lat! Oprócz poletek ryżowych w wiosce jest mnóstwo wypielęgnowanych ogródków, z fantazyjnie przyciętymi krzewami, stawami, w których pływają kolorowe karpie. Na obrzeżach wioski znajduje się  muzeum pod otwartym niebem z zabudową z ery Edo. Znajdujące się tu świątynie, spichlerze, młyn wodny czy domy można obejrzeć nie tylko z zewnątrz, ale i wejść by poczuć zapach i klimat dawnych lat. Domy wyłożone są matami tatami (zwiedza się je boso), mają tradycyjne paleniska i wyposażenie, są w nich domowe ołtarzyki, sprzęt do wytwarzania papieru washi czy akcesoria do hodowli jedwabników. Wszystko to sprawia, że momentalnie można się przenieść w czasie, bez wytężania wyobraźni zobaczyć codzienność mieszkańców i poczuć klimat japońskiej wsi.

Po zwiedzeniu Takayamy i Shirakawa-go wiedziałam już na pewno, że pokocham Japonię miłością ogromną, a fascynacja tym krajem będzie trwała długo! Nie myliłam się!

Zapraszam do galerii zdjęć.


Gabi

 

 

  

Takayama i Shirakawa-go

P.S.
Bardzo serdecznie dziękuje naszej koleżance Gabrysi za przepiękne zdjęcia i kolejny reportaż po Japonii.

 

 

Jerzy Moskal
Written by Jerzy Moskal
See Jerzy Moskal's latest posts

Leave a comment